Hajs od Boga

 

 

                                                                 

 

 

Kiedyś czytałem smakującą orientem przypowieść o człowieku, który po wielu latach modlitw o pieniądze miał proroczy sen; wewnętrzny głos kazał mu udać się natychmiast na drogę, gdzie pierwszy napotkany wędrowiec ma dla niego coś cennego. Mężczyzna ten po obudzeniu wyszedł na drogę, i spotkał (jakżeby inaczej) wędrującego guru – walcząc z wstydem (nie wierzył do końca w realność snu), nieśmiało zapytał o dar. Guru uśmiechnął się, wyjął z torby olbrzymi diament i wręczył mu go mówiąc: masz, znalazłem go wczoraj ale jest mi niepotrzebny.

Dar ze snu

Znalazca uciekł do domu, gdzie cały dzień nie mógł znaleźć sobie miejsca, a w nocy przewracał z boku na bok dręczony wielkim podnieceniem. Oto stał się bajecznie bogaty – mógł mieć pałac, niewolników, własną armię, harem. Mógłby się w dowolny sposób zemścić na wszystkich tych, którzy kiedykolwiek nieładnie do niego się zachowali. Najmądrzejsi ludzie byliby na jego skinienie, najbardziej szanowani by go poważali i chcieli z nim przebywać, politycy schlebiali i obiecywali państwowe zlecenia, kapłani chętnie by go błogosławili i obiecywali niebiańskie rozkosze, a kobiety by marzyły o zajściu z nim w ciążę.


Miał wszystko czego ludzie pragną i za co robią najstraszniejsze rzeczy, ale jedna rzecz nie dawała mu spokoju – nie mógł zrozumieć, dlaczego mnich oddał mu ten kamień z taką lekkością, taką radością? To go bezustannie torturowało. Rano pobiegł na drogę gdzie odnalazł mnicha – oddał mu diament, prosząc na kolanach by ten dał mu moc, która pozwala traktować diament jak polny kamień.

Grzmocić “nówki”

Mam nadzieję że nie spartoliłem tej opowiastki, jednak dała mi ona mocno do myślenia, skłoniła do poważnej refleksji. Chociaż wymyślona i nierealna, sięgnęła w głąb mego serca i poruszyła czułą strunę. Efektem rozmyślań była świadomość, że postąpiłbym inaczej – ja bym diament sprzedał by obkupić się tym, co miałoby dać mi spełnienie i szczęście. Załatwił bym sobie doktorat (najlepiej z marketingu, wiadomo o co chodzi), by mnie mieli za wykształconego, kupił kilka pałaców, dworków, ochronę z byłych członków gromu, codziennie grzmocił nowe, najpiękniejsze dziewczyny, latał samolotem, przedłużył penisa, zlecił tortury nie dość mocno podlizujących mi się czytelników, finansował domy dziecka by mnie uważano za świętego i błogosławiono… i po co to wszystko? By doznać określonych stanów emocjonalnych. Ferrari czy samolot sam w sobie to tylko kłębowisko stali, kabli, gumy i płynów – nie ma w nim szczęścia. Ekscytację daje dopiero świadomość, jak niewielu ludzi posiada takie auto, oraz brutalną moc jaką potrafi wydobyć z potężnego silnika. Tylko gdzie ją ukorzyć? W Polsce byłoby to zbyt ryzykowne ze względu na stan dróg i mój zespół jelita drażliwego.


Aż mi się zrobiło żal guru z opowieści. Czekałby coraz bardziej zdenerwowany i oburzony, że nie biegnę oddać mu diamentu i prosić na kolanach o nauki. Guru by czekał rwąc włosy z głowy, a ja balowałbym z Paniami moralnie elastycznymi, mając upaćkane białym pudrem parskające ze zwierzęcego zadowolenia nozdrza. A to pech!

Sekunda triumfu, minuta upodlenia

Jednak ekscytacja z poczucia bycia wybrańcem to nie trwałe szczęście, a chwilowy efekt porównywania się – i jeśli tak czynimy, tworzymy nawyk, wzorzec, który uruchamiamy coraz częściej. Za chwilę przyjdzie nam się porównywać do bogatszych, potężniejszych, więc miejsce ekscytacji zajmie rozpacz, poczucie niedostatku i wściekłości. Rozbawiło mnie gdy czytałem, że najwięksi miliarderzy konkurują ze sobą długościami jachtów (bodajże Abramowicz i jakiś szejk). Czyli kiepski interes – za chwilę pobudzenia i ożywienia że ktoś ma gorzej, trzeba zapłacić dziesięcioma chwilami poczucia upodlenia. Im lepsze samopoczucie przy biednych, tym gorsze przy bogatszych. Tego mechanizmu nie da się oszukać w żaden sposób, można jedynie zamaskować cynizmem, złośliwością i fałszywym uśmiechem.


Człowiek zawsze chce cudownych emocji, pragnie doświadczać uczucia przyjemności – a że jest to skojarzone z bogactwem i innymi rzeczami określanymi przez kulturę w której się urodził, dąży do nich. Jednak celem zawsze jest przyjemność, miła emocja oraz uniknięcie nieprzyjemnej (strachu, bólu, odrazy). Rzeczy je tylko wywołują, są zapalnikiem.

Jak zdobyć przyjemność?

Hitler w książce “Rozmowy przy stole”, wyśmiewał siedzących pod drzewem ascetów. Wiem że piszę o tym kolejny raz, ale często o tym myślę. Wierzył że ekscytację da triumf nad wrogami i ich zniszczenie, zdobycie absolutnej dominacji – co niemal mu się udało. Utożsamił przyjemność i niezwykłe stany emocjonalne z podbojem Europy, chociaż po zwycięstwie nad ZSSR miałby taką potęgę (siła ludzka, zasoby), że mógłby sięgnąć po znacznie wyższe cele. Młody narkoman też pragnie niezwykłych przeżyć, więc zażywa grzybki, kwasa czy w przypadku “uduchowionych” idzie na ceremonię ayahuaski (czyli w niższy świat astralny, sądząc po obrazach malowanych przez ludzi doświadczajacych tych wizji). Frog ślizga się po krawędziach praw fizyki, by doświadczyć cudownych emocji – dresiarz tłucze pięściami w głowę studenta, by poczuć napływające uczucie triumfu – młody, butny chłopak bez żadnych osiągnięć przyjmuje wiarę w Korwina i wolny rynek (w tym świecie jak coś jest wolne, to zawsze ktoś tym steruje), by poczuć że jest mądrzejszy niż wszyscy inni – kobieta kupuje bluzkę i buty, przekłuwa uszy i wyrywa włoski plastrem (ale w pupę dać nie chce, bo boli) by odczuć przyjemność wiążącą się z byciem atrakcyjniejszą, co przekłada się na bogatszego męża, wyższą pozycję społeczną i dużo większą szansę na sukces potomstwa – oszust ekscytuje się przekrętem i swoją mocą kantowania – bloger ekscytuje czytelnikami, poczuciem niewielkiej, ale jednak władzy z wpływu na innych ludzi.

A co robi mądry adept duchowości? Za pomocą sugestii kierowanych do podświadomości, koncentracji na oddechu, kontroli swej diety, czystości myśli, czynów, medytacji – osiąga takie stany siedząc na brudnej, zasłanej kurzymi odchodami ziemi. Ponieważ ileś lat medytowałem w młodości, doświadczałem niezwykłych stanów ducha – ekstazy, nieprawdopodobne wizje, OOBE, cudowne ingerencje w snach, uniesienia modlitewne, więc wiem że to co opisują, jest jak najbardziej możliwe. Można być szczęśliwym – ja byłem chwilę, ale jeśli można jedną, na pewno można dwie. A jak dwie, to i trzy – wymaga to jednak treningu i poświęcenia drobnych przyjemnostek na rzecz większych. Ktoś idący na łatwiznę, woli zażyć narkotyk – wystarczy kupić u dilera, by mieć niezwykłe wizje. Podobnie z ludźmi chcącymi być sprawni – kupują sterydy, by przyśpieszyć rozwój mięśni. Ci którzy myślą strategicznie, nie ulegają pożądaniu – uczą się sztuki relaksu, medytacji, poznają swoją psychikę, a pragnący siły ćwiczą konsekwentnie dochodząc do sprawności, która jest także zdrowiem. Jak kończą ludzie stosujący tak różne podejścia, nie trzeba chyba pisać. Fani narkotyków i sterydów to wraki, ludzie mądrzy promieniują siłą i zdrowiem.

Co nagle, to po diable

Wszystko co dobre, wymaga pewnych zabiegów. Wiadomo że szybko zdobyta i skonsumowana znajomość z Panią jest mało warta, a gdy się trzeba postarać, wszystko znacznie lepiej smakuje. Można się tak zmienić, zmotywować, by długotrwałe treningi były rozkoszą, pasją. Ale i wtedy musi to potrwać. Mówi się w światku duchowym, że miłość jest tu i teraz za darmo. To prawda, ale żeby ją poczuć, trzeba wywalic widłami tony gnoju (złych przekonań), które nam od dzieciństwa społeczeństwo “instalowało”. To musi potrwać, ale sama droga i odkrywanie coraz więcej spokoju, akceptacji i szczęścia w sobie, jest wielką, fascynującą przygodą, a kto wie, może i celem?
Ludzie chętnie pracują za ochłapy, uważając że to jest normalne i w porządku. Za nędzne grosze kupią chemiczne ścierwo w zachodnim markecie, po czym gdy wypchają tym swój układ pokarmowy, napakują głowę okropieństwami z telewizji. Jednak gdy chodzi o pracę nad sobą, nawet te dwadzieścia minut dziennie, nie mają czasu ani ochoty. Praca nad sobą może skutkować odkryciem pasji, a ta jest zawsze świetnie wynagradzana – ludzie kochają patrzeć i obcować z czystą rozkoszą, a ktoś kto kocha to co robi, staje się natchnionym poetą, artystą i geniuszem. Dlatego nawet jeśli pierdnie, zrobi to w taki sposób że wszystkich zachwyci i ujmie formą, kakofonią bądź oprawą niecnego postępku. Rozwój duchowy to nie tylko pieniądze, sukcesy – ale przede wszystkim wolność od cierpień, męki i koszmaru życia, często także chorób i wypadków, co opisuję w mojej książce “Stosunkowo dobry”.


Może dlatego Jezusa i Buddę zamordowano (albo to upozorowali, jeśli w ogóle istnieli, niemniej te opowieści przekazują piękną duchową naukę).

Co Ci wmówiono na temat przyjemności?

Ludzie mają swoje przekonania – cierpienie daje to i to, przyjemność coś innego (zależy od wychowania i kultury). Jeśli ma przybyć z nieba mesjasz, zbawiciel od męki (uczucie cierpienia) to ma dać to, z czym dany człowiek utożsamia przyjemność, oraz zabrać to, co powoduje ból.
Nie dziwi więc, że tak rzadko przybywa na ziemię mesjasz – to niemożliwe by zaspokoić ludzkie oczekiwania. Żydzi chcą by wszyscy goje (czyli nie – żydzi, nazywane tępym bydłem w ich świętej książce) pracowali na ich rzecz, byli niewolnikami. Muzułmanie praktycznie to samo (chociaż można się nawrócić, u żydem jest się z matki), a chrześcijanie marzą o chwili, gdy cały świat będzie czcił znak krzyża (czyli symbol tortur, kaźni i miłości ojca do syna ukazanej jako mord na nim, co powoduje zamknięcie podświadomości na Boga). Chrześcijanin je krowę, hindus ją czci, żyd i muzułmanin rytualnie, bestialsko zamorduje (halal) – Polak brzydzi się insektów, w Azji je jedzą. Jak to wszystko pogodzić? Spełnisz życzenia jednej grupy, inne będą cierpieć a kolejni nienawidzić.
Dlatego mesjasze mówią – wolność i szczęście jest w Tobie. A to spryciarze! Ale byś je odkrył, musisz zrezygnować ze swojej religii, każdej idei w którą wierzysz. Trzeba wygnać ze świątyni swego serca wszystkich lichwiarzy, prywaciarzy i cinkciarzy, a przyjąś w swe progi miłość i pięknie ją ugościć. Dlatego Budda opuścił pałac i swą rodzinę, a Jezus opowiadał o zrobieniu sobie wrogów z ojca, matki i brata – bo to co oni dla nas chcą, nie ma nic wspólnego z wielkim szczęściem, które jest naszym przeznaczeniem.

Idee nas krępują i zamykają w statycznym, nieruchomym świecie – są starą mapą, próbującą opisać wciąż zmieniającą się i niezbadaną do końca rzeczywistość. Mapa jest ideą państwową, religijną i każdą inną – oddanie się idei, to zrezygnowanie z badania i zgłębiania tajemnicy jaką jest nasze życie, na rzecz złudnego bezpieczeństwa jakie daje mapa i wzajemnie się popierająca i kontrolująca grupa zwolenników jakiejś idei. Zyskujemy chwilowe poczucie spokoju, ładu, ale tracimy wielki zachwyt, uczucie spełnienia i transcendencji. A że idee bezustannie walczą ze sobą, jesteśmy wpychani w szpony konfliktów (w którym to my oczywiście jesteśmy tymi dobrymi, a inni źli).

Nasze życie to efekt naszych emocji i myśli

Jednak Jezus i Budda mówili w zasadzie to samo – nasze życie jest takie, jak nasze myśli i wiara. Czyli to nasze przekonania i wzorce myślowe tworzą nasze życie i szczęście, a nie zewnętrzne zdarzenia, ludzie i przedmioty. A ludzie chcą zewnętrznych zdarzeń, lodówek, samochodów, komputerów i żelazek – nie potrafiąc zrozumieć, że mesjasz przynosi im prawdziwe wyzwolenie, a nie chwilową ekscytację która niebawem minie, ustępując miejsca kolejnym pragnieniom i rozpaczy. Ile razy liczyłeś że nowy gadżet da Ci spełnienie, a dał Ci tylko chwilowe podniecenie, by chwilę później pragnąć czegoś innego? Myślisz że ten szalony ciąg kiedyś minie? Nie, nigdy nie minie. To największe oszustwo któremu ciągle ulegamy, aż do śmierci nabierając się na kolejne rzeczy mające nam dać spełnienie.


Kilka dni temu siedzę w mojej kijance. I pomyślałem że gdybym miał spore mięśnie, kratkę na brzuchu, nową hondę – byłbym szczęśliwy. Ale po chwili się zorientowałem, w jaką grę umysł ze mną pogrywa. A czy nie mogę być teraz szczęśliwy? bez kratki, wielkich mięśni, fiuta zaczepiającego o pedał sprzęgła? Mogę, oczywiście że mogę. I poczułem TO. Wiecie jakie to szczęście, wyzwolenie? Szczęście to coś co trzeba wyćwiczyć, zaprosić do siebie, przyzywać i chwalić, głaskać, pocałować… trzeba o nawyk cieszenia się życiem zadbać. Czy to nie dziwne? Podejrzane? Nie miałem nic czego pragnę, a byłem szczęśliwy. Właśnie to chciał nam przekazać Jezus, ale pobożni, dobrzy ludzie go ukrzyżowali. Oni mieli wizję tego, co ma dać im szczęście – skoro Jezus im tego nie dał, musi być kanciarzem. No cóż, nie był. Ale nie krzyczę o tym na ulicach, bo chcę jeszcze pożyć.

Zabójstwo syna? Uniewinniony, nagrodzony

Te prawdziwe szczęście, matka wszelkiej radości i ojciec spełnienia, to uczynienie największym celem i sensem swego życia twórczą przyczynę istnienia, nazywaną Bogiem. Unikam jak ognia słowa Bóg, ponieważ skojarzono je ludziom z sadystą zarzynającym własnego syna. O ile umysł może to wytłumaczyć metaforą, symbolem i innymi sofistycznymi gierkami, to naiwna podświadomość na takie numery się nie da nabrać – zarżnął syna, więc i mnie zabije by zbawiać innych ludzi – sąsiada alkoholika i sklepową puszczalską. Człowiek odruchowo ucieka od głośnego hałasu, ognia, wysokości, węża – podświadomość ma za zadanie nas chronić, więc jeśli ktoś nam grozi śmiercią w męczarniach “z miłości”, uciekamy od niego, blokujemy się. Skoro tak, to trzeba się zamknąć na Boga oraz na wszelkie dary które nam daje. A daje dużo – właściwie wszystko co potrzebne jest nam do spełnionego, szczęśliwego życia pełnego cudów i fascynacji.

Czyli nie wszystko co chcemy, co aktualnie uważamy że da nam szczęście – to bardzo ważne. Bóg daje nam NAJLEPSZE rzeczy, a nie chłam w postaci tego co cwaniaczki wykreowali jako modę, i z czym wiążemy swoje poczucie zadowolenia. Bóg (i nie chwaląc się, także ja) doskonale wie, że kratka na brzuchu, samochód czy piękna kobieta nie da Ci szczęścia, tylko silne emocje i strach przed utratą tych przemijających marności… więc od Boga tego na pewno nie dostaniesz, bo to Cię niszczy i pogrąża w smutku, a Bóg to siła, radość, piękno i wielki spokój. Są siły które mogą to “załatwić”, ale nie będzie to Bóg. Wielcy dyktatorzy żyjący w gniewie, nieprawdopodobnym strachu, miliarderzy i piękni aktorzy popełniający samobójstwa… dostali co chcieli, co jak sądzili – da im szczęście. I co dalej? Ano nic ciekawego.

Prawdziwy skarb

Największym skarbem dla człowieka jest uzyskanie trwałej więzi z Boskością, twórczą siłą która stworzyła wszystko co istnieje. Dopiero wtedy możemy kreować rzeczy materialne, ponieważ to my je będziemy mieli, a nie one nas. Nie będziemy zależeć od przedmiotów i ludzi – bo całe szczęście płynie z więzi, kontaktu z Boskością. Jeśli nie jesteśmy niewolnikami etykietek i przedmiotów, nie ma w nas strachu o utratę tego. Złodziej może zabrać samochód, szyderca i kłamca dobre imię, morderca zabić ciało – ale to kim naprawdę jesteśmy, nie może być w żaden sposób na tej planecie uszkodzone ani zniszczone. Nie jesteśmy ciałem ani umysłem, a na pewno metalowo plastikowymi przedmiotami – jesteśmy obserwatorami którzy siedzą na widowni śledząc dramat. Ci mniej świadomi identyfikują się z aktorami, emocjonują, nerwowo podrygują, ci bardziej “uduchowieni” coraz mocniej zdają sobie sprawę że tylko obserwują, a dramat tak naprawdę ich nie dotyczy. Im więcej tej świadomości, tym więcej radości, poczucia lekkości i ekstazy.


Zamykając się na tę cudowną moc Boskości, dostajemy w zamian ideologie – religię, państwowe i filozoficzne dyrdymały dające nam tylko ból i cierpienie. Żeby je osłabić, jemy ciastka, pijemy wódeczkę i piweczko, palimy, ćpamy, kochamy nałogowo Panie (jak nas stać), żenimy się, płodzimy dzieci, albo stajemy sadystami by wyładować negatywne odczucia w nas się rodzące.
I gdy otyły człowiek chce schudnąć, szuka diety, podlicza kalorie… nie rozumiejąc że prawdziwą przyczyną wszystkich problemów, jest brak tej cudownej mocy w nim samym. Zablokowano nam ją w dzieciństwie rytuałami religijnymi i państwowymi, a później osłabia się nas chemią, truciznami w jedzeniu i powietrzu, często niepotrzebnymi lekami.

Piekło z furtką

Ten świat to piekło, nie ma co tego ukrywać – ale można się z niego wydostać. Furtka nie wiedzie poprzez przedmioty, ludzi, organizacje, ale tylko i wyłącznie dzięki otwarciu się na miłość, pozwoleniu by w nas była i rosła w siłę, wypierając wszelkie smutki, żale i zazdrości dnia codziennego. Ze słowem miłość także skojarzono nam ohydne rzeczy, takie jak romantyzm, zauroczenie i “miłosne” otumanienie. Nie ma to z prawdziwą miłością nic wspólnego – jest ona szemrzącym nurtem spokoju, lekkości i radości w nas samych, a nie endorfinowym hajem koniecznym by człowiek spłodził potomstwo, kolejne śrubki bezwzględnej, bezdusznej machiny.

Kto czuje w sobie miłość, musi zrezygnować ze służenia państwo, religii, oraz wszelkiej innej idei. Idea to twór który dba jedynie o swoją potęgę, a miłość wymaga byś się w życiu spełniał, realizował potencjał, doświadczał bardzo głębokiego spełnienia, znacznie silniejszego niż orgazm. Dla ideologii jesteśmy tylko nędznymi trybikami w maszynie, które nie muszą być szczęśliwe, zdrowe – mają służyć i gniewać się na inne idee, walczyć z nimi dla swego pana.


A kto ma w sobie miłość, ten nie ma pana. Miłość mu sterem, żeglarzem i okrętem.


 

www.braciasamcy.pl  zapraszam na moje forum. Paniom wstęp wzbroniony!

——————–

Coaching ze mną KLIK

Zapraszam do kupna moich e książek “Stosunkowo dobry”, oraz “Wyprawa po samcze runo” w E wersji, KLIK albo papierowej KLIK.  Zapraszam wszystkich serdecznie na mój fanpage KLIK, Bardzo jestem wdzięczny wszystkim tym, którzy poczuwają się do dbania o cały ten interes i go finansują KLIK, także poprzez PayPal, mój meil to coztymikobietami@onet.pl

0Dodaj komentarz