Czy Bóg jest kobietą?

 

 

 

Jako młodzieniec, miałem przez wiele lat OOBE – czyli wychodziłem z ciała swą świadomością, albo tak mi się wydawało. Najpierw pojawiało się odczucie wibracji w całym ciele (niezbyt przyjemne, ale do przeżycia), a później wystarczyło wyobrazić sobie huśtanie, albo wchodzenie po drabinie, czy wspinanie po linie by “wyskoczyć” jak Filip z konopii w… no właśnie, nie wiem w co.

A cóż to za kraina?

Jedni mówią że jest to płaszczyzna astralna, drudzy że OOBE to po prostu jasny sen, czyli sen w którym uświadamiasz sobie że śnisz. Że OOBE jest jasnym snem wątpię, ponieważ kilkanaście lat prowadzę dzienniki snów, mam jasne sny (mało, zbyt mało) i różnią się od siebie te oba zjawiska bardzo poważnie. Jednak mam za mało wiedzy dotyczącej obu tych stanów świadomości, by było mieć stać na jakąkolwiek pewność w tym temacie.
Może OOBE jest jasnym snem, w którym śni się o wychodzeniu z ciała? Nie wiem. Może tak, może nie – czyli masło maślane.
Trudno mi powiedzieć jak jest naprawdę, ponieważ w tamtym czasie byłem bardzo wierzącym katolikiem – i zawsze po wyjściu z ciała, pojawiała się histeryczna myśl o Szatanie, który po mnie przyjdzie. Księża oprócz nauczania mnie poczucia winy za zamordowanie swymi grzechami pewnego Żyda dwa tysiące lat temu (mam 37 lat), niechęci do seksu i wierności ich korporacji, dużo czasu poświęcali na to, by doświadczenia nie pochodzące z pięciu zmysłów interpretować automatycznie jako działanie Lucyfera. Wbili mi ten nawyk tak potwornie mocno, że nie podlegał on już obiektywnej, rozumowej ocenie. Po prostu automatycznie się uruchamiał wtedy, kiedy moi “programiści” w czarnych, powłoczystych szatach tego chcieli.

W astralu myśl kreuje byt

Każdy kto był poza ciałem wie, że taka myśl wywołuje natychmiastowy skutek. Coś się pojawia, coś złego – przy tym horrory są dziecięcą igraszką, ponieważ masz świadomość, że naciśniesz guzik na pilocie i wrzaski usmarowanych ketchupem aktorów – demonów umilkną. Naciskasz guzik, wtulasz się w chrapiącą, popierdującą po wieczornej golonce małżonkę i starasz się myśleć o czymś przyjemnym, np. że wygrywasz w totka, albo żonka zgoli wąs i schudnie, przestanie Cię bić. Poza ciałem strach jest tak potężny, że natychmiast wracałem do ciała. Gdybym myślał że to jest wspaniałe, zjawiłbym się w cudownym miejscu. Myśl i emocja w OOBE czy jasnym śnie, momentalnie kreuje świat który nas otacza.
O ile w świecie realnym (chociaż trudno powiedzieć, który tak naprawdę jest realniejszy) zanim myśl się zmaterializuje, trzeba solidnie poczekać, a często się w ogóle nie doczekać (gdy marzenie przekracza nasze możliwości), tak w świecie duchowym (astralnym, energetycznym, jak zwał tak zwał) wszystko odbywa się natychmiastowo.

Z tego powodu – czego bardzo żałuję – nie eksplorowałem tej przestrzeni, toteż praktycznie nic o niej nie wiem. Dużo czytałem, ale jest to jednak wiedza z drugiej ręki. Ale jedno wiem na pewno. Mając te piętnaście, dwadzieścia lat, byłem tak utożsamiony ze swoim ciałem, że wyjście poza nie i doświadczenie tego że nie jestem ciałem, tylko świadomością, było doświadczeniem na początku traumatycznym.

Lęk przed utratą ciała

Istniejąc jako świadomość nie masz przodu i tyłu, góry i dołu – nie ma też widzenia, grawitacji, temperatury i dźwięku. Po prostu jeśli o czymś myślisz, to się pojawia w takiej postaci, do jakiej jesteś przyzwyczajony. Świadomość kreuje wszystko czego doznajesz. Dźwięk jest bardzo dziwnym doznaniem wibracji, a więc w sumie dźwiękiem nie jest – jest tak, jakby był w całym Tobie, wypełniał Cię i był jednocześnie wszędzie. Te akurat doznanie zna wielu ludzi, ponieważ dźwięki dzwonów czy dziwne głosy, pojawiają się w stanach hipnagogicznych, czyli chwilę przed zaśnięciem – na krawędzi snu i jawy. Kiedyś pewna prosta Pani po sześćdziesiatce, przy kawce w pracy śmiała się jakie dziwne dzwony słyszała przez sen – inne Panie patrzyły się na nią z sympatią, ale i zdziwieniem. One nigdy nie słyszały takich dźwięków, więc nie istnieją – musiało jej się wydawać.

Teraz mam 37 lat, ale doskonale czuję i pamiętam ten lęk, gdy człowiek który całe życie utożsamia się z ciałem nagle je traci – a świadomość siebie pozostaje. Właśnie dlatego w treningu który przygotowuje człowieka do śmierci, tak ważna jest systematyczna medytacja. Człowiek medytujący poprawnie, zaznajamia się z tym z początku przerażającym, ale w zasadzie naturalnym stanem gdy nie ma ciała – jest wieczną świadomością, w pewnym sensie duchem bez formy.
A ponieważ czeka to nas wszystkich, warto ćwiczyć i trenować, by nie znaleźć się z ręką w nocniku. Ja np. często uważnie się rozglądam, badam w jakiej jestem rzeczywistości – są to tzw. “testy rzeczywistości” używane do rozpoznania, czy jesteśmy na jawie czy w świecie snu. Trudno sobie wyobrazić większą radość niż tę, gdy wpychasz palec w ściane licząc na ból… a palec wchodzi w ścianę cały. Nagle okazuje się że jesteś w świecie, w którym możesz absolutnie wszystko. Jedyną granicą jest Twoja fantazja i poziom moralności. Niektórzy więc mordują i taplają się w rzekach krwi i wnętrzności, a inni, tacy jak np. Państwa ulubiony mam nadzieję, prostacki z natury pisarz rozkoszują się Paniami (które nigdy nie odmawiają, nie śmierdzą i nie fochują), lataniem i rozmowami z dziwnymi istotami. Gdyby taki dajmy na to, Pan Kajetan był w jasnym śnie, pewnie by sobie podjadał to i owo.

Otępienie świadomości po śmierci

Ludzie odprowadzający zmarłych (większość moim zdaniem to łgarze, bo kto się poskarży na złą jakość usług?), mówią zawsze to samo. Człowiek nagle umiera, a świadomość jest tak otępiała, tak przerażona, że często nie ma w ogóle świadomości że nie żyje. Gdyby taki człowiek medytował, albo znacznie lepiej – trenował wychodzenie z ciała albo jasne sny, momentalnie by rozpoznał stan w jakim się znajduje. Co dalej? Nie wiem.

Ale nie o to mi chodzi w tym tekście. OOBE budzi strach w każdym kapłanie religijnym, często paniczny strach. Podobnie świadomy sen, który zdaniem księży może być sztuczką demonów i diabłów, by odciągnąć człowieka od Jezusa i kościoła. Dlaczego tak reagują? Ponieważ tak zostali nauczeni, przecież nie mają doświadczenia tego stanu. Który ksiądz wychodzi z ciała? A jeśli wyjdzie bo ma do tego predyspozycje, jak ja od dzieciństwa, to spotka tylko to w co wierzy – a wierzy że ten świat jest piekłem, co jest po części prawdą. Dla człowieka harmonijnego będzie niebem, dla człowieka ze strachem w duszy będzie piekłem.

Straszą, bo ich straszono

Księża straszą, bo nauczono ich straszyć i bać się tego stanu, tak jak kiedyś straszyli że za wiarę w kulistość ziemi obraża się Boga i pójdzie do piekła. Ale przyczyna jest moim zdaniem zupełnie inna. Gdy jesteś poza ciałem jako świadomość, bądź w świecie swej podświadomości śniąc świadomy sen, zauważysz bardzo dziwną rzecz. Emocja i myśl kreuje wszystko momentalnie, nawet nie w jednej chwili, bo tam nie ma czasu. Dokładnie w tej samej chwili co myśl i emocja, pojawia się wykreowany przez nie świat w którym się znajdujesz. 

Czyli jeśli pomyślisz – zaraz przyjdzie diabeł bo ksiądz tak mówił, to przyjdzie diabeł. Będzie wyglądał tylko tak, jak Ty go sobie wyobrażasz, czyli jak go Tobie opisano, bo przecież diabła nie znasz i nigdy nie widziałeś. Gdyby księża Cię nim nie straszyli, nawet byś nie miał jego świadomości.
Zobaczysz więc straszną istotę z opowieści rodziców, dziadków, znajomych – którzy to usłyszeli od kapłana. Zawsze widzisz tylko to, co masz w głowie – chociaż możesz nie pamiętać, że to kiedyś widziałeś. Codziennie stykamy się z olbrzymią ilością informacji, z których zapamiętujemy świadomie niewiele – ale są one zapisane w podświadomości. Gdy przyjdzie potrzeba, wypełzają stamtąd. Nie możesz więc zauważyć czegoś nowego dla Ciebie. Takie jest moje zdanie, ale młody duchem i ciałem jestem, więc mogę się mylić.

Cierpienie tworzy tylko cierpienie

Przeciętny katolik musi bezustannie koncentrować swoją myśl na cierpieniu. Jezus na krzyżu cierpiał, święci męczennicy w kościele cierpieli, Matka Boska gdy jej mordowali syna – cierpiała. W trakcie mszy powtarza się wielokrotnie te same słowa, czyli uczy się odczuwać poczucie winy za śmierć Jezusa i za grzech pierworodny, każe je systematycznie powtarzać przez całe życie (moja wina, moja…). A jak coś powtarzasz, to stosujesz po prostu afirmację, przekonujesz do danego wierzenia swoją podświadomość, czyli istotę emocjonalną o inteligencji trzylatka. Gdy ją przekonasz, ona ciągle czuje się winna, niegodna Boga – a Ty cierpisz. Swoją podświadomość trzeba przekonywać do innych rzeczy – że jest wartościowa, kochana, że może się czuć bezpiecznie – że w oczach Boga zawsze jest czysta, doskonała, piękna i cudowna.
Gdy ona uwierzy w tę sugestię, czuje się wspaniale – i my jako umysł ciągle odczuwamy radość, nadmiar energii, chce nam się żyć i brać za bary z życiem. Mamy wielki potencjał i siłę przebicia – idziemy w kierunku swych marzeń jak walec drogowy. Nie ma na takiego człowieka mocnych. Wszystko mu się układa pod jego cele, natrafia na życzliwych ludzi, wchodzi w odpowiednim czasie i miejscu tam gdzie trzeba. Jakby cały świat mu sprzyjał i pomagał – bo taka jest moc dobrze wychowanej i ułożonej podświadomości.

Przecież nasz stan emocjonalny, to właśnie stan podświadomości – czyli wszystko w co ona wierzy na swój temat. Podświadomość się programuje jak komputer. Co w nią włożysz swymi myślami, taki dostaniesz zwrot. Wmawiasz jej że jesteś niegodny Boga, bogaci nie pójdą do nieba a cierpienie zbliża do Boga, więc ona Ci zapewni brak kontaktu z Bogiem, nędzę i chorobę albo wypadki, czy też ktoś spuści Ci łomot. O szybkiej śmierci też raczej nie ma co marzyć – bolesny nowotwór albo coś gorszego. Jeśli podświadomość wierzy że Bóg i niebo jest za cierpienie, a wszyscy celebryci kościelni cierpieli, czeka Cię np. rak trzustki, przy którym wyje się głośniej niż głodne wilki w lesie. Co to za problem dla podświadomości? Żaden. Przecież ona steruje systemem odpornościowym, więc żaden problem załatwić ból. Jak ją nauczysz, tak masz. Tu nie ma żadnych cudów. Właśnie dlatego wpienia mnie to, że ludzie nie rozumieją tych zależności, ba! Oni nawet nie chcą wiedzieć. Liczą na farta, a tu jest wszystko doskonale zorganizowane. Na farta nie ma co liczyć. Opisałem to zresztą w książce “Stosunkowo dobry” i częściowo w “Kobietopedii”.

Operacja na niewinnej podświadomości

I tej podłej operacji na podświadomości, dokonuje się w rzekomo świątyni Bożej. Programuje podświadomość parafian na nienawiść do siebie, bo właśnie tym jest poczucie winy. Tak patrząc na logikę – jakim cudem mam być winny tego, że jakiegoś żyda ktoś kiedyś zabił? Co ja mam do tego? Takich ludzi co wierzyli że są bogami, było pełno – nawet teraz są, tylko daje im się leki albo trzyma w wariatkowie. A że robił cuda? Na wschodzie od tysięcy lat się opisuje siddhi, moce urzeczywistnienia, które wcale cudem nie są – są wielką przeszkodą na drodze do uzyskania wglądu w prawdę ostateczną. Nauki które Jezus rzekomo dawał, są naukami ezoterycznymi znanymi tysiące lat przed Jezusem. I teraz mam się czuć winny, że go zabito? Co wcale przecież nie musi być prawdą.
Czyli świadomość katolika, jest bezustannia kierowana ku cierpieniu. Cierpienie i męka wypełnia myśli i emocje takiego człowieka, który myśli że tak właśnie ma być, że tak jest dobrze. Niestety, cierpienia nie wzbudza w nim Bóg, tylko ludzie mówiący że tego Boga reprezentują, a to jest bardzo duża różnica. Czy Bóg potrzebuje, abyś co tydzień programował się na poczucie winy? Żebyś czytał i słuchal historyjek które programują podświadomość na nienawiść do siebie? Żebyś wyznawał na kolanach, że jesteś winny i niegodny Boga?

Świat Beksińskiego

Naprawdę myślisz że stwórca (albo stwórczyni, nie jestem seksistą) tego wymaga? A może go zapytaj o to? To że ktoś mówi, że działa w imieniu Boga, to nic nie znaczy. Ja też tak mogę powiedzieć. Tylko że ja nie robię takich cudów jak kapłan – była wypłata? Znikła wypłata parafianina. W imię Boże i Bóg zapłać kiedyś tam, w niebie.
Gdy taki wierzący człowiek znajduje się w OOBE, ma przechlapane. Nawykowo myśli o cierpieniu i poczuciu winy, które jest czystą nienawiścią wobec samego siebie. Tak go księża nauczyli. W OOBE natychmiast “przerzuci” go do takiego miejsca, które będzie przypominać piekło. Zobaczy smutne, straszne rzeczy, miejsca, puste, ponure przestrzenie – dokładnie takie jak malował Beksiński. Nie dziwi mnie wcale, że jego syn popełnił samobójstwo i miał depresję, a jego zamordowano. Mogą być też diabły, straszliwe obrazy przemocy, nienawiści, obrzydliwości i okropieństwa. Im bardziej katolik wchodził w nauki kleru, im bardziej się potępiał za swoje grzechy, tym większy horror który go czeka.

Gdy wchodzisz w OOBE, nie ma żadnego zbawiciela który za klepanie zdrowasiek Cię ocali. Jest tylko Twoja świadomość, która kreuje doświadczane przez Ciebie doświadczenia. Twoje nawyki które wykształcałeś na ziemi, będą Twoim katem bądź zbawcą. Jeśli uczyłeś się nawyku wyznawania ciągle swoich urojonych win, to ciągle odczuwasz winę – i jesteś w piekle. Jeśli natomiast rozwijałeś miłość i szacunek do siebie, byłeś dla siebie dobry, hojny, troskliwy – będziesz w cudownym miejscu.

Nikomu na Tobie nie zależy

Tylko komu zależy, żebyś rozwijał w sobie miłość do siebie? Od lat o tym piszę, to oprócz tych kilkuset moich wiernych czytelników, reszta uważa mnie za nienormalnego i wariata. No bo jak można kochać siebie? Jak można się czule traktować, doceniać, szanować? To grzech! Narcyzm! Egoizm! Rasizm! Seksismz! Antysemityzm! Trzeba zajmować się innymi. O, to jest dobre… zapomnieć o swojej duszy, i zapierdalać na innych. Dobre! Pójdziesz do nieba za to!
Jesteś pewien że wysługiwanie się innym, a ignorowanie własnej duszy jest dobre? Że po to Bóg dał Ci duszę, żebyś ją ignorował, nie wychowywał jej?
Człowieku, kurwa jego mać, opamiętaj się! Masz swoją duszę. Napełniłeś ją ohydztwami, wiarą że jest winna, zła, skalana – spaprałeś w ten sposób dokumentnie swoje życie. Oszukali Cię jak i mnie, ale po to mamy rozum, by nie polegać na wierze ojców (ale nie dziadów, narzucone chrześcijaństwo istnieje w Polsce dopiero tysiąc lat), tylko patrzeć co nam służy. I wybierać najlepszą jakość dla naszego życia, naszej duszy (podświadomości, jak zwał tak zwał).

Złe! Niedobre! Wierz tylko nam a nie sobie!

Właśnie dlatego moim zdaniem OOBE jest nazwane czymś szatańskim, złym i demonicznym. Żebyś nie zobaczył, gdzie praktyka katolicka Cię naprawdę doprowadzi. Tak samo zresztą robi islam i judaizm. Te trzy religie to doprowadzone do mistrzostwa systemy, które kierują uwagę ludzi (za uwagą idzie energia) na cierpienie, poniżenie, ból i rozpacz.
To taki cukierek. Niby ładnie wygląda, opakowanie błyszczące, fajne, kolorowe napisy… a w środku gówno.
Podobnie w religiach mamy mówienie o miłości, kochaniu się, wybaczeniu, nie lękaniu się… to papierek. Fajnie wygląda, apetycznie. Ale w środku pod szlachetnymi i wzniosłymi hasłami, kryje się cierpienie i rozpacz, ból i strach.

Jesteśmy ludzką hodowlą

Właśnie dlatego uważam, że lęk religii przed jogą, naukami duchowymi, medytacją – ma konkretne podstawy. Jest to nie pozwolenie na to, byś sam zauważył jak skonstuowany jest ten świat. Masz wierzyć w podaną Ci wizję aż do śmierci – jest to w pewien sposób wygodne, ale bardzo bolesne w praktyce.
Powiem wprost. Dla mnie osobiście po wielu latach rozmyślań i doświadczeń, religie to systemy istot (diabelskich, może kosmicznych), które nas hodują tak samo, jak my hodujemy zwierzęta. Zwierzaki są od nas głupsze, ale czują, boją się umierania i bólu. My dla naszych kosmicznych bogów też jesteśmy głupkami, natomiast mamy emocje jak zwierzęta. Są bardziej rozbudowane, ale te ogólne są takie same – człowiek jak i świnia lubi podjeść, pospać, wysrać się i poruchać – a boi bólu, głodu i śmierci. Czy nas to interesuje? Nie, mamy to gdzieś. Nie widzimy jak kwiczy umierając, jak walczą o życie z poderżniętym gardłem. To jacy my jesteśmy dobrzy? W czym się różnimy od naszych nadzorców? Jesteśmy jako ludzkość hipokrytami i pełnymi obłudy drapieżnikami – wykorzystujemy słabsze istoty. Na mocy prawa silniejszego, mądrzejsi od nas wykorzystują nas – i to jest spoko jak dla mnie. Sprawiedliwie. Prawilne.

Te istoty żywią się naszym cierpieniem, które religie w nas wzbudzają – mogą być tak zaawansowane technologicznie, że przecież nie muszą istnieć w ciałach, nie mają układu trawiennego – nie jedzą i nie wypróżniają się (nie znają piekielnych mąk biegunki i zatwardzenia, och! Szczęściarze). A po co im nasze cierpienie? Nie wiem, ale wzbudzanie określonych, negatywnych uczuć w wyznawcach religii jest tak przemyślane, tak planowo i doskonale zorganizowane, że nie może być przypadkiem. A skoro nie wiadomo o co chodzi, wiadomo o co chodzi…

Poczucie winy to wyparcie się własnej duszy

Chrześcijanin ciągle odczuwa poczucie winy, które w OOBE okazuje się nienawiścią do samego siebie, oraz wyparciem się swej duszy, najcenniejszego skarbu jaki mamy. W judaiźmie mamy paranoików, zastraszanych od dzieciństwa antysemityzmem, którym robi sie traumę płynącą z bolesnego obrzezania (wyparta, ale wpływa na umysł złymi myślami “nie wiadomo skąd”) oraz wspiera ją jedzeniem mięsa halal – a przecież zarzynana na żywca krowa zanim umrze, wprost tryska hormonami strachu i przerażenia. Takie jedzenie wypełnione śmiercią i strachem musi mieć negatywny wpływ na tych, którzy je jedzą. Islam znowu jest opętany żądzą zdobycia świata dla Allaha, czyli jest agresją – która w OOBE zawsze okazuje się gigantycznym strachem.
Miliardy wyznawców religii przeżyje po śmierci coś strasznego. Ale nie będzie to zewnętrzna siła, tylko ich dekadami powtarzane wzorce myślenia i odczuwania. Zdaniem ezoteryków, stan ten nie trwa wiecznie. Trzeba wrócić i rozwijać się dalej.
Prawo karmy jest boleśnie sprawiedliwe. Jeśli nienawidzisz siebie, to tak jakbyś nienawidził drugiego człowieka. Nie ma między tym różnicy. Dla karmy człowiek który ćwiczy się w odczuwaniu poczucia winy, jest jak bestialski morderca – oboje wcielą się w nieciekawe inkarnacje. Może jako ciężko chore dziecko? Jako dziecko w rodzinie pedofilów, w Afryce by konać z głodu? Cierpienie przyciąga cierpienie, radość przyciąga radość.

Stare i młode dusze

Dlatego jedne osoby nazywa się starymi duszami, a inne młodymi. Jeden człowiek dąży całym sobą do majątku, ślubu, dzieci, budowania imperium na ziemi… a drugi się z tego śmieje. Był już królem, bogaczem, nędzarzem, miał harem, tysiące dzieci… i nadal cierpi, nadal krąży w tym szalonym, zamkniętym obiegu inkarnowania się. Nie doznał szczęścia, spełnienia. Dzieci umierały, imperia się rozpadały, państwa i religie upadały, pamięć o zwycięstwach przepadała bez wieści. Próżny trud i znój. A więc skoro rzeczy za którymi tak goni świat są niewiele warte, należy szukać gdzie indziej.
Ludzie z taką postawą są wyśmiewani – bo nie idą tam, gdzie stado owiec. Najczęściej nie są tego świadomi, ale dusza na myśl o rodzinie, biznesie czy dających szczęście Ipodach dostaje torsji. Bo już wie że nie da to żadnego szczęścia. I taki człowiek swą osobowością chce mieć rodzinę, firmę i nowego mietka by uzyskać pozycję społeczną, ale dusza nie chce – a dusza to emocje, napęd, siła. I mamy problem, konflikt. Jedno chce tam, drugie gdzie indziej. Taki człowiek ma w życiu przesrane po całości… chyba że się zorientuje, o co chodzi. Wtedy ma szansę poznać cele duszy, zaakceptować je i razem idą sobie w określonym kierunku. Dusza wtedy jest radosna, szczęśliwa – a osobowość cieszy się tą euforią, tą cudowną energią.

Niestety, niektóre osobowości mające starszą duszę nie są zbyt inteligentne, albo cele duszy są tak odległe od celów osobowości, że nie wchodzi w grę współpraca. A jak mówił Jezus (a przed nim wielu innych), co Ci ze świata, skoro stracisz swą duszę? Nie ma większej straty. Dlatego wierzę że można przehandlować duszę, i wielu ludzi robi to nieświadomie. Załóżmy że dusza chce naga żebrać pod kościołem – a osobowość chce być szanowana, poważana. Będzie zgoda? Nie. No chyba że osobowość zacznie przekonywać duszę, co jest możliwe – ale bardzo trudne. NLP-owcy twierdzą że zmiany wzorców są możliwe, ale są wzorce tak silne i tak głębokie, z którymi nie poradzisz sobie afirmacjami, wizualizacją czy hipnozą przez wiele, wiele lat.

Komunikacja między różnymi wiekiem duszami

Właśnie dlatego ludzie mają takie trudności z komunikacją. Siedzę z ziomeczkiem, a on wzdycha jakby był szczęśliwy, gdyby był milionerem. Ja też bym chciał mieć miliony, ale już mam świadomość że nie dadzą mi szczęścia. Wygodę tak, luz – ale nie spełnienie. Tak samo nie szaleję za Paniami, seksem, konsumpcją – to mi nie da nic oprócz zamętu. Przerabiałem to wiele razy, w końcu zrozumiałem o co chodzi. Niektórzy całe życie trwają w cyklu pragnienie – chwilowe zaspokojenie (czyli obniżenie napięcia związanego z brakiem upragnionej rzeczy) – znowu powraca pragnienie, mocniejsze.

Człowiek mający starszą duszę, już się na to nie da nabrać. A jak poznać jaką ma się duszę? To dość proste. Czy od dziecka ciągnęło Cię do magii, religii, zadawałeś pytania o sens życia, Boga? Czy bardziej Cię interesowały książki S/F i fantasy niż gra w gałę z kumplami? Czy często myślałeś o śmierci, ale nie w kontekście depresji, tylko z ciekawością i pasją? Im młodsza dusza, tym większe pragnienie kosztowania życia, spełniania się w piekielnym systemie – żonka czy mężuś, dzieciaki, firma, dobry samochód, pozycja, wygląd. Im starsza dusza, tym głębsze tematy o których myśli i które porusza. Można śmiało uznać, że starsze dusze lubią mnie czytać – bo doskonale czują w kościach to, co piszę. Mogą nie rozumieć intelektualnie, ale CZUJĄ że to jest to, co same czują. A że starszych dusz jest o wiele mniej niż małolatów, mam znacznie mniej czytelników niż mieć mógłbym, biorąc pod uwagę moje umiejętności. Dla mnie jednak pisanie na niższym poziomie, jest jak dla człowieka komunikacja za pomocą machania ręcznikiem nad ogniem – znakami dymnymi. Lepiej i przyjemniej pogadać przy śledziku i kielichu.

Pieniądze są fajne

A więc mieć pieniądze lubię, fajny samochód także – ale te rzeczy mnie nie mają. Zawsze jestem gotowy by wszystko stracić (włącznie z ciałem), a przynajmniej tak się nastawiam – nie zawsze się udaje. No i dziwnym trafem zaczęło mi się wtedy dobrze wieść. Im mniej potrzebuję pieniędzy, tym więcej ich mam. W obecnej chwili żyje mi się dobrze. A przecież starsi stażem czytelnicy doskonale pamiętają, w jakiej nędzy byłem latami. A teraz wszystko mi się udaje. Książki idą, mam niezły (jak dla mnie) samochód, zawsze pełny bak (całe lata jeździłem na oparach), na koncie pieniążki – mogę kupić sobie co zechcę w granicach moich potrzeb. Jestem finansowo spełniony, czuję się w tych sprawach świetnie. Świat o mnie zadbał w tej kwestii.
Ale stało się to dopiero wtedy, gdy zacząłem rozumieć powagę sytuacji. W każdej chwili mogę umrzeć – i zostawię wszystko co mam. Jeśli się do czegoś przywiążę, to będzie mnie bolało, bardzo bolało. Czyli mieć chcę, ale nie uzależniam od tego swojego szczęścia. Gdy zamykam oczy w medytacji, jestem tylko ja, mój oddech i wizja ironiczno – złośliwej rozmowy z Bogiem, bo tak lubię spędzać wolne chwile.

W takiej chwili nie ma najmniejszego znaczenia czy mam miliardy, czy to co teraz. Czułbym się tak samo fajnie gdybym miał ferrari, jak czuję się mając chevroleta. I to jest najwyższa wartość – że nauczyłem się drogą treningu wprowadzać w stan pogodzenia ze sobą. Gdy rozmawiam z Bogiem, moją jego wizją – czuję się spełniony. Nieważne czy Bóg faktycznie istnieje, a jeśli istnieje to czy w takiej formie, w jakiej mój prymitywny mózg jest w stanie ją sobie wyobrazić. Ważne jest to, że w trakcie takiej rozmowy pod wieloma kątami analizuję swoje zachowanie – czyli robię taką autoanalizę. Jednocześnie czuję w sercu spokój i zadowolenie.

Kto z Bogiem wojuje, ten od Boga dostaje… prezenty

Fakt, jestem wobec Boga złośliwy, kąśliwy. I zupełnie się go nie boję. To ludzi trzeba się bać, szalonych, obłąkanych, pewnych że religia która zrobiła im od maleńkości pranie mózgu, jest najprawdziwsza. Ludzi nerwowych, zakompleksionych, złych, chytrych, podłych, obłudnych, widzących tylko co im robią inni, a nie chcącymi widzieć co sami robią.
W tym kalejdoskopie szaleńców w ludzkich ciałach, Bóg jawi mi się jako ostoja spokoju, normalności. Człowiek się obrazi, Bóg nie – ponieważ nie jest człowiekiem. I co najciekawsze, jak porządnie opieprzę moją wizję Boga za coś, sprawy ruszają z kopyta. Jakby działa się cudowna magia. To jak z kobietami – jak je ostro trzymać, dominować, to przeważnie jest wszystko fajnie. Popuść tylko, a atmosfera zacznie pachnieć zgniłym jajem.
Może Bóg jest faktycznie kobietą? Jeśli tak, to na pewno “z jajami”. I brodą.

 

 

http://newsy.braciasamcy.pl/   nowy portal dla nas.

www.braciasamcy.pl  zapraszam na moje forum. Paniom wstęp wzbroniony!

——————–

Setki moich felietonów KLIK

Zapraszam do kupna moich e książek „Kobietopedia” KLIK, Stosunkowo dobry”, oraz „Wyprawa po samcze runo” w E wersji, KLIK.  Bardzo jestem wdzięczny wszystkim tym, którzy poczuwają się do dbania o cały ten interes i go finansują KLIK, także poprzez PayPal, mój meil to coztymikobietami@onet.pl

 

 

0Dodaj komentarz